Z Martą Fox o rozbitych rodzinach

1528
wyświetlenia

Z inicjatywy nauczyciela ZSZ w Słupcy, Marii Ratoń-Kowalskiej w słupeckiej szkole zawodowej odbyło się niezwykłe spotkanie popularnej polskiej pisarki Marty Fox. Marta Fox bardzo często podejmuje w swoich powieściach problemy i dramaty rozbitych małżeństw. Prezentujemy rozmowę z autorką, która niezwykle szczerze podaje przykłady z własnego życia.

Jak pani myśli, dlaczego właśnie panią zaproszono do tej szkoły na spotkanie autorskie?

Napisałam dużo powieści młodzieżowych. Myślę, że spotkanie z nastoletnią młodzieżą z tej szkoły może być udane. Pani Marysia, która jest tam bibliotekarzem mówi, że to są najczęściej wypożyczane książki w jej bibliotece.

Porusza pani w swoich książkach bardzo często tematykę rozbitych związków i wpływ tych sytuacji na rozwój młodych ludzi.

Ja poruszam wszystkie te tematy, które przez wiele lat były tematem tabu. Rozbite związki również były tematami tabu. Dopiero od niewielu lat mówi się o tym w sposób otwarty. Inaczej się patrzy teraz na dziecko z rozbitego związku i otacza się je większą uwagą. Nie jest to już temat wstydliwy.

To wynika z własnych doświadczeń?

Pamiętam kiedy byłam nastolatką i przysłuchiwałam się rozmowom ciotek, mamy, sąsiadek to kobieta z rozbitego związku była kobietą przekreśloną.

Dziś jest inaczej?

Mieszkam na Śląsku, w Katowicach. Do tej pory panuje takie przekonanie. Kiedyś powiedziałam mojej koleżance, młodszej ode mnie o 10 lat, zastanów się. Dlaczego żyjesz w takim toksycznym związku tyle lat i kiedy twój mąż wychodzi do pracy, stajesz przy płocie i mówisz: niech cię szlag trafi? Czy nie lepiej się rozwieść?

I co koleżanka na takie rady?

Powiedziała mi: No chyba żartujesz. Chcesz być rozwódką? Lepiej być wdową. Wie pan, te słowa do dzisiaj mi dźwięczą w uszach. Wiem jednak, że wśród niektórych kobiet coś takiego pokutuje.

A własne doświadczenia?

Ja miałam szczęście. Myślę po latach, że to było szczęście. Z moim byłym mężem dogadałam się, żebyśmy wytrwali w przyjaźni i wychowali dzieci. To było z dużą korzyścią dla dzieci. Mój były mąż wiedział, jaką krzywdę można zrobić dzieciom kłamstwami, kłótniami i wzajemną nienawiścią. Byliśmy zgodni w domu, on wiódł swoje życie, a ja skupiłam się na pisaniu.

W życiu bardzo często ludzie grają dziećmi, przeciągają je na swoją stronę podczas rozwodów.

To bardzo okrutna dla dziecka sytuacja, kiedy dziecko staje się kartą przetargową. Znam też takich rodziców, którzy dobro dziecka stawiają na pierwszym miejscu i pójść na taki kompromis, żeby dziecko jak najmniej odczuło to, że nie ma pełnej rodziny. Dziecko musi czuć, że jest kochane i akceptowane z jednej i drugiej strony. Dzisiaj rodzice mówią dzieciom: kocham cię.

To takie dziwne?

W moich czasach to było niespotykane. Ja jestem z tak zwanego zimnego wychowu. Nie znaczy, że rodzice mnie nie kochali. Po prostu nie potrafili wyrażać uczuć i emocji. Nie potrafili mnie przytulać na co dzień.

Nie ma pani wrażenia, że ten jak to pani nazwała”zimny chów” nie był taki zimny? Że teraz jest w tej swobodzie okazywania uczuć dużo mniej empatii wobec dzieci przy rozwodach?

Myślę, że nawet jeżeli rodzicom uda się dogadać, to dla dzieci zawsze jest to wielki szok. Potrafią czasami wygrywać coś szantażem. Jeżeli rodzice będą przeciągać dziecko na swoją stronę dziecko faktycznie może się zmanierować i pójść w to rozpasanie obyczajowe.

Młodzi ludzie są teraz inni niż w pani młodości?

Młodzież jest teraz bardziej obyta. Ma w sobie dużo mądrości, jakiej w nas nie było w tamtych czasach. Oni się już przyzwyczaili, że nie są przedmiotem tylko są podmiotem. To już nie są te dzieci, którym się mówiło, że dzieci i ryby głosu nie mają. Mało kto, chyba że w patologicznych rodzinach, ale mało kto traktuje teraz dziecko jak piątą kulę u nogi.

Czyli obecne czasy według pani są lepsze dla dziecka?

Fakt, że dzieci dostały prawo do tego, żeby tupnąć, krzyknąć, wyrazić swoje emocje, to jest wielki sukces naszej pedagogiki i młodych rodziców. Czarna pedagogika z moich czasów była koszmarem. Oczywiście istnieje przemoc. Ale jest coraz więcej dobrego. Wszystkie konflikty najczęściej wynikają z tego, że ludzie już nie potrafią rozmawiać ze sobą.

Ma pani jakieś przykłady tego braku umiejętności rozmowy?

Mój wnuk kiedyś mówi do mnie, daj mi babciu telefon ja ci skype założę. Zapytałam go, po co mi ten skype i dowiedziałam się, że będziemy się widzieć, kiedy będziemy rozmawiać. Wyjaśniłam mu, że wolę jak rozmawiamy siedząc obok siebie, a rozmowa przez telefon czy skype to jest taka awaryjna rozmowa. Był bardzo zdziwiony, że to jest awaryjna rozmowa. I to jest problem współczesności.

To chyba duża różnica w porównaniu z pani dzieciństwem, ta współczesność i współczesne formy kontaktu.

Obiad był o określonej godzinie, ojciec pracował w kopalni, dzieci wracały ze szkoły, matka nie pracowała, zupa była stawiana na stole. Ten stół był. Potem moje pokolenie trafiło do ciasnych mieszkań, w których nie było miejsca na stół. Był stolik okolicznościowy przy kanapie. Siadało się zgarbionym i ze ściśniętym żołądkiem. Każdy przychodził o innej godzinie z pracy i zjadał swój obiad.

Nie lubiła pani tego samotnego jedzenia?

Ja wprowadziłam to w swojej rodzinie, kiedy jeszcze mieszkałam z córkami i z mężem. Głównymi meblami w naszym domu były regały z książkami i stół. I ten stół był zawsze stołem pojednania.

Co jest dla pani największą wartością w życiu?

Na pierwszym miejscu stawiam lojalność, a na drugim miłość. Lojalnością jest dla mnie stanie po stronie człowieka, z którym się postanowiło iść przez życie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ