Opowieści z Krypty-Tomasz Chlebowski (Felieton o Palermo)

718
wyświetlenia

Zapowiada się mrocznie. Ale będzie o bardzo słonecznym miejscu, o Sycylii. Właściwie o jej stolicy, Palermo. Choć, żeby być w zgodzie z tytułem, również pojawi się cień cmentarnej krypty.
Sycylia to ostatni kawałek włoskiej ziemi, którego dotychczas jeszcze nie odkryłem. Słyszałem wiele. To jednak nie to samo, co stanąć samemu w danym miejscu, zamknąć oczy by poczuć jego zapach i powiew wiatru we włosach. A potem otworzyć oczy i spojrzeć hen, w dal. A potem wokół. Na życzliwe, uśmiechnięte ludzkie twarze. Czuję się wtedy otulony wolnością i pięknem, które zaprasza mnie w gościnę do siebie.
Sycylia kojarzy się dla wielu z mafią. W jakiejś mierze to też zasługa filmowej serii klasyków Francisa Forda Coppoli „Ojciec chrzestny”. Niestety, stereotypy często zniekształcają i oddalają nas od ludzi oraz miejsc. Zapewniam, że żadnych gangsterów biegających po ulicach z pistoletami nie spotkałem. Mogłem za to poznać wiele ciekawych miejsc. Zanurzyć się w historii i sztuce Sycylii, a dokładniej jej stolicy Palermo.
Początki Palermo sięgają VIII wieku przed Chr. Było to miasto z portem handlowym dla Kartagińczyków. W roku 254 przed Chr. dostało się pod panowanie Rzymian, a w roku 831 po Chr. podbili je Arabowie. To złoty okres rozwoju Palermo. W XII wieku miasto przeszło pod panowanie normandzkiej dynastii Altavilla. Pomimo tego, rozważna polityka dynastii zostawiła w mieście pokonanych Arabów, co wpłynęło na budowę jego przyszłej potęgi. Później w Palermo rządziła m.in. dynastia niemiecka i francuska. Te historyczne konotacje wskazują, jak bardzo bogate kulturowo jest Palermo, miasto wielu kontrastów i kolorów.
W każdym przewodniku jednym z nieodłącznych punktów zwiedzania jest kościół i klasztor Kapucynów. Niby nic nadzwyczajnego, wszakże pięknych świątyń w każdym dużym mieście na świecie jest wiele. Ten jest szczególny. Pod nim znajdują się katakumby. Też niby nic nadzwyczajnego. Gdyby nie fakt, że dosłownie zapchane są zmumifikowanymi ciałami mnichów, bogatych Sycylijczyków, zarówno mężczyzn jak i kobiet czy dzieci. Prawie osiem tysięcy mumii! Danse macabre. Taniec śmierci, stale aktualna średniowieczna alegoria ukazująca wszechobecność, nieuniknioność oraz uniwersalność śmierci. Memento mori, pamiętaj, że umrzesz. Przypominają o tym korytarze wypełnione szkieletami i mniej lub lepiej zakonserwowanymi zwłokami różnych ludzi, mężczyzn i kobiet, starców i dzieci, zakonników i świeckich. Nie traktuję tego miejsca jedynie jako ciekawostki. Jako nieliczny spośród odwiedzających to miejsce turystów, modlę się za tutaj spoczywających. Nawet po śmierci, gdy swoisty teatr życia się skończył, oni nadal grają niemą pantomimę. Niekoniecznie niemą. Uważnie patrząc oraz wsłuchując się w ciszę, można się wiele nauczyć. Śmierć może być nauczycielką życia.
Staję przed najsłynniejszą z zacnego i licznego grona mumii. Dwuletnia dziewczynka Rosalia Lombardo zmarła dokładnie sto lat temu na zapalenie płuc. Wydaje się, że spokojnie śpi. Nie widać żadnych znaków rozkładu. To genialny przykład mumifikacji ludzkiego ciała. Nawet kokarda na tle jasnych włosów nie straciła swojej barwy. Powszechnie nazywana jest „Śpiącą Królewną”. Po tym, jak dotknął jej pocałunek śmierci, oczekuje teraz na pocałunek zmartwychwstania.
A to światło jaśnieje w jednej z najpiękniejszych katedr, jakie widziałem. A widziałem ich sporo… Dwunastowieczna świątynia w Monreale, zwłaszcza wewnątrz, olśniewa kolorami misternych mozaik bizantyjskich. Nie przytłaczają one jednak bogactwem ani przepychem. Przez wieki miejscem tym opiekowali się benedyktyni. Może stąd ta monastyczna prostota?
Dziś nie ma turystów. Stoję pośrodku katedry, otulony autentycznym pięknem. Przez nie odczuwam wręcz namacalną bliskość Stwórcy. A w krużgankach katedralnych spowiadał się filmowy mafioso, Michael Corleone. Wzruszająca i głęboka scena, świetnie oddana przez Al. Pacino: „A che cosa serve la confessione se non mi pento?” (w III części „Ojca chrzestnego”). Po co mi spowiedź, kiedy nie czuję skruchy? Piękno otoczenia w jakimś stopniu wyzwala czasami piękno duszy.
Nieopodal Palermo, leży średniowieczne miasto Cefalú. Pobudowane tuż nad brzegiem morza. A z drugiej strony ogromne, skalne wzniesienie. Lubię kluczyć po wąskich uliczkach, pośród niewysokich domków, od których ścian odbija się jedynie echo szumu fal, rozbijających się o pobliskie skały.
Pomimo wielu przebytych na pieszo kilometrów, pomimo zmęczenia, decyduję się wejść na górę, u stóp której leży miasto, oddzielające ją od wody. W drodze na szczyt można zobaczyć szczątki pradawnej świątyni pogańskiej, zbudowanej w IX w. przed Chr. Na cześć bogini Diany, a na szczycie dobrze zachowane fragmenty murów średniowiecznej fortecy. Wzniesienie to (268 m n.p.m) nazywane jest potocznie „rocca”, a więc: „skała”. Tutejsi mieszkańcy w dialekcie mówią o niej: „u castieddu” (skała z zamkiem). Dość ostre podejście, potrzeba nieco dobrej formy fizycznej, ale nie trzeba być wytrawnym alpinistą.
Po takim wysiłku można sobie pozwolić na chwilę słodkiej przyjemności. Słynne sycylijskie cannoli, to grube, słodkie, waflowe rurki wypełnione kremową masą z białego sera riccotta. Są tak dobre, że nawet kręcące się przy ciastkarniach gołębie, chętnie jedzą okruchy ciasta wprost z ręki.
Mógłbym jeszcze długo pisać o moich przeżyciach i spostrzeżeniach na Sycylii. Ale… pozostawią wolną stronę dla Was. Napiszecie ją sami, kiedy zawitacie w tę piękną krainę. Naprawdę warto poznawać nowe miejsca i ludzi. Wtedy stajemy się sobie bliżsi, i więcej ciepła na świecie.

Tomasz J. Chlebowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ