O Mrocznym słów kilka

622
wyświetlenia

Kiedy kilka tygodni temu zniknął dział ?Felieton Muszyńskiego? zaprezentowaliśmy naszym Czytelnikom niezwykłą postać Mrocznego. Dziś ? kiedy zyskała już ona na dobre obszerne grono sympatyków ? możemy wreszcie opowiedzieć historię chyba najbarwniejszego członka naszej redakcyjnej załogi

Jak to się wszystko zaczęło?

Gdzieś w połowie września ? praktycznie kilka tygodni po dołączeniu do głosowej załogi grafika Łukasza Nabiałka w pomieszczeniach redakcji przy Poznańskiej 15A wydarzyła się rzecz niezwykła. Pamiętam, że tradycyjnie trzy osoby pracowały do późnych godzin popołudniowych ? grafik, dziennikarz i księgowa. Wieczór nadchodził potężną szarówą i zapowiadało się na burzę ? jedną z tych, które w okresie wakacyjnym spędzają sen z powiek wszystkim Paniom bojących się grzmotów. Zerwał się porywisty wiatr, a nasze ogrodowe choinki kołysały się złowieszczo raz w stronę banku, raz w stronę znanego lekarza ginekologa. Światła przygasły, monitory komputerów także ? dziwnym zbiegiem okoliczności nawet kalkulator, który codziennie katowany przez księgową jest ? padł z wyczerpania baterii. Wtem coś łupnęło ? zbyt cicho jak na piorun, zbyt głośno jak na nieszczęśliwe ptaszysko, które z racji niesprzyjających warunków atmosferycznych mogło osłabnąć w powietrznej drodze i spaść na dach naszego budynku. Rozległ się krzyk kobiety ? na całe szczęście łatwo wpadliśmy na trop kto krzyknął, bo tak jak już wspominałem byliśmy w redakcji tylko we trójkę. Spojrzałem na grafika, ten na mnie i z miejsca pobiegliśmy do pokoju księgowej ? Ania wskazywała trzęsącym palcem na okno. Widzieliśmy wyraźnie na tle mrugających świateł ulicznych, ulewnego deszczu i pobłyskiwań na czarnym niebie kable, obijające się o szklaną szybę. Co to mogło być? Z racji wykonywanego zawodu ciekawość wzięła górę ? poinstruowałem grafika: ?W razie gdybym nie wrócił, przekaż żonie i dzieciom, że zginąłem śmiercią bohatera?. Łukaszowi zaszkliły się oczy i pomógł mi wejść na drabinę wiodącą na dach. Księgowa stała obok niego ? widziałem te dwie postacie, malejące w miarę wspinania się po szczeblach żelaznej drabiny. Deszcz ciął nieubłaganie, toteż tamta dwójka nawet nie myślała o ukojeniu nerwów w tytoniowym nałogu. Po lewej stronie widziałem dziwne pręty, które tak przestraszyły naszą księgową (i zapewne jej kalkulator); miały swój początek gdzieś na dachu. Przełknąłem ślinę i pewnie postawiłem stopę na szczycie budynku. W momencie poczułem się jak Neil A. Armstrong na Księżycu ? nie miałem tylko tak kozackiego kombinezony. Moim oczom ukazał się płaski dysk, dość sporych gabarytów. Blask pioruna ukazał jego srebrną barwę ? jego centrum stanowił malutki kokpit ? całość była opleciona tajemniczymi kablami, które to właśnie przyprawiły o palpitację serca naszą Anię. Podszedłem bliżej i zobaczyłem w środku zakapturzoną, małą postać. Siedziała tam nieruchomo, oświetlana czerwonymi, alarmowymi jak się domyślałem lampami. Zmrużyłem oczy i dostrzegłem, że liczba lamp zmniejsza się co chwilę. Zostało ich pięć, potem cztery ? wiedziałem, co się świeci ? pociągnąłem mocno za kokpit, chwyciłem delikatnie nieprzytomnego jegomościa i ruszyłem w stronę drabiny. Usłyszałem wybuch za plecami?

Więcej w najnowszym numerze Głosu Słupcy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ