No to ponarzekajmy…

662
wyświetlenia

… na występ naszej reprezentacji podczas rozgrywek Euro 2012? Na politykę? Na stan dróg krajowych? A możne na dziury w chodniku? W sumie nasz cel jest nieistotny – liczy się przecież znana w całym świecie polska mentalność. Zapraszamy do lektury.

Czego nam brakuje, a czego mamy aż w nadmiarze – czyli wyliczanka w nieskończoność:

Sprawa jest prosta: środek tygodnia, godziny dopołudniowe, spotyka się dwóch przechodniów, którzy mieszkają w jednej mieścinie lub wsi i zaczynają wspólne litanie, które poprzedzone jest krótkim, zwięzłym, choć jakże bogatym w ciekawość strony pytającej zwrotem „Co słychać?”. Na pierwszy ogień idą pieniądze – nigdy nie ma ich za wiele: mam stałą pensję, emeryturę, rentę, spadek po dziadku, mieszkam pod monopolowym – nie ma znaczenia; zawsze jest ich za mało. Bardzo łatwo jest złapać samego siebie na jakby automatycznym nie tyle kłamstwie, co zakrzywianiu rzeczywistego stanu rzeczy – zauważmy, że wraz ze wzrostem zasobności naszego portfela rosną nasze wydatki. Mimo to wizualnie tych pieniędzy wydaje nam się niewiele, zwłaszcza dla tych, którzy nadal pną się na drabince kariery zawodowej. Ludzie, którzy jak to się mówi odchowali już swoje dzieci, ciężar finansowy potencjalnych wydatków przenoszą kolejno na wnuki, a potem na samych siebie. Więc jeśli nadal są aktywni zawodowo ten portfelniany progres powinien być. Ale weszło nam jakoś w krew, ziemie i dom rodzinny, że wiecznie jest pod względem pieniędzy źle.

Po drugie: boli mnie głowa, stopa, kręgosłup, a jak głośniej kaszle to swędzi mnie pod paznokciem – zdrowie (a w zasadzie jego teoretyczny brak) to srebrny medalista na naszej liście narzekań. Przewrażliwione na tym punkcie są zwłaszcza nasze panie, które ze służbą zdrowia związane są emocjonalnie bardziej niż z nowymi odcinkami „M jak Miłość”. Nie mówimy tutaj o zaniedbywaniu stanu swojego ciała lub negowaniu choroby ale o powszechnym trendzie, charakteryzującym się całą paletą różnych wyimaginowanych dolegliwości tylko po to, aby było o czym z sąsiadką na chodniku pogadać.

No i po trzecie – magiczne słowo na „P” od którego teściowie dostają białej gorączki, kiedy zięć pochwala taką czy inną opcję polityczną, a liczne, niedzielne obiady przerywane są dyskusjami tak burzliwymi, że nie słychać pytań w „Familiadzie”. Tak jest – polityka jest tematem tak niewygodnym i tak różniącym nawet bliskie sobie osoby, że nic tylko wołać o pomstę do nieba. W tym punkcie należy życzyć sobie wzajemnie poszanowania własnych poglądów i spostrzeżeń.

Na zakończenie w aspekcie ludzi młodych

Moi znajomi często dzielą się swoimi przemyśleniami na temat właśnie takiego niezadowolenia z egzystencji w kraju nad Wisłą. I żeby nie odstawać od tematu młodzi ludzie także narzekają – wiecie na co? Na przykład na takie miejskie obrazki: stoją dwie starsze kobiety w Poznaniu przed blokiem, obie obładowane zakupami, parasolami, torebkami – stoją i rozmawiają. Zakupy im ciążą, ale dzielnie trzymają się na nogach. Dwa metry dalej pusta, parkowa ławka ale lepiej rozmawia się na chodniku. Minuty lecą, czas goni – panie stoją, rozmawiają o nieobecnych i co tam się komu złego przytrafiło. Godzina minęła jak z bata strzelił – kobiety się żegnają i jedna wsiada do tramwaju. Wiadomo – godziny popołudniowe, morze studentów w środku, część po egzaminach, część po wykładach, ćwiczeniach. Za chwilę podnosi się alarm, bo smarkacz nie ustąpił miejsca – i teraz tak: stać pod blokiem godzinę można bez problemu, ale 3 minut w tramwaju to już za ciężko…

Filip Muszyński

ZOSTAW ODPOWIEDŹ