Nie koronuję w moim życiu żadnego wirusa!-felieton, ks.Tomasz Chlebowski

2841
wyświetlenia

Poniżej publikujemy felieton księdza Tomasza Jana Chlebowskiego, który od ponad 10 lat mieszka we Włoszech. Dziś podzieli się z naszymi czytelnikami swoimi refleksjami na temat panującej obecnie na świecie epidemii.

Felieton
Długo wahałem się, czy cokolwiek pisać na ten temat. Bo sam już nim wymiotuję. W wielkim śmieciowisku medialnym temat ten stał się dominującym. Każdy ma prawo dać wyraz swoim uczuciom i myślom. Lecz ja nie mam już chęci ani sił w tym przebywać. Wiele przekłamań, własnych interpretacji sytuacji, nierzetelnych doniesień sprawiających wrażenie jedynie prawdziwych. Dezinformacja i brak kompetencji mediów. Zwolennicy wszelkich spiskowych teorii dziejów wręcz z satysfakcją wpisują w nie swoje misternie tkane idee końca świata czy globalnej zagłady ludzkości. W tym śmietniku trudno kształtować w sobie właściwą i prawdziwą opinię o obecnej sytuacji, do czego każdy z nas ma prawo i którą próbujemy zrozumieć, żeby bardziej zrozumieć otaczającą rzeczywistość i człowieka. Nie będę się więc wdawał w poszukiwanie przyczyn powstania wirusa Convid-19, nie będę budował żadnej ideologii, snuł czarnych wizji na przyszłość. Po prostu, opiszę moje odczucia oraz sytuację wprost z na dzień dzisiejszy najbardziej dotkniętego kawałka Ziemi, z Włoch. Niech ten felieton będzie odpowiedzią dla wszystkich, którzy zewsząd, powodowani być może troską o mnie, za co dziękuję z serca, pytają: jak tam sytuacja? Bo w tv i w necie wygląda to strasznie! Recepta na to jest prosta: żeby nie żyć strachem i paniką, wyłącz albo znacznie ogranicz siedzenie w mediach. Osobiście tak robię, i żyję bardziej wolny i radosny.
Mechanizm reagowania ludzi na wieść, że to z początku odległe (gdzieś w dalekich Chinach) zagrożenie, stało się bliskie i zaczyna dotyczyć każdego z nas, rodzi próbę swoistej ucieczki, niedowierzania, wyparcia, co przekłada się na banalizowanie problemu, ośmieszenie go, uciekanie w czarny humor. To jakby zaklęcie, które ma pozwolić złagodzić problem. Tak było też tutaj, we Włoszech. Pomimo nakazu (więc jeszcze nie: zakazu), a więc pewnej rady i wskazania, życie toczyło się jak wcześniej. dzień po dniu, owa rzekoma wymyślona bajka zmieniła się w realne zagrożenie. Ministerstwo Obrony Narodowej musiało powziąć niezbędne kroki, żeby zagwarantować ludziom bezpieczeństwo od wroga, jakim stała się epidemia. Wróg cichy, podstępny, okrutny, bezwzględny.
W każdym państwie system ochronny jest wprowadzany stopniowo. Tak jest też z ograniczeniami. We Włoszech rozprzestrzenianie się wirusa było tak szybkie, że również i działania musiały być dość szybko wprowadzane, z dystansem zaledwie kilku dni.
Sytuacja na północy kraju pokazuje słabość i nieprzygotowanie włoskiej Służby Zdrowia. Pracujący do ostatnich sił lekarze, pielęgniarki i inne służby medyczne nie nadążają za wzrastającą stale liczbą zarażonych. Lekarze muszę podejmować trudne wybory moralne, kto ma przeżyć, a kto nie. Osoby starsze i z patologiami zdrowotnymi są odrzucani na margines na rzecz młodszych i silniejszych, którzy rokują szanse na wyleczenie. Statystki ofiar, zwłaszcza w Lombardii, są przerażające.
Koronawirus rozprzestrzenia się. Dociera do każdego zakątka Italii. Rząd decyduje się rozszerzyć radykalnie czerwoną strefę na cały obszar Włoch. Znaczy to, że do zatrzymania epidemii już nie wystarczą zwykłe środki ostrożności, o które apelowano: częste mycie rąk, zachowanie przynajmniej metrowego dystansu w kontakcie z innymi, nie dotykanie rękoma oczu, nosa i ust; unikanie i nie tworzenie tłumu. Zamknięte są szkoły i uniwersytety, a także miejsca gdzie mogliby się gromadzić ludzie, odwołane wszelkie imprezy masowe. Stopniowo pojawiają się kolejne obostrzenia: zamknięcie czynnych do tej pory tylko do 18.00 restauracji oraz barów, wszelkich zakładów usług. Czynne pozostały niektóre apteki i supermarkety. Ludzie mają surowy nakaz przebywania we własnych domach. Poza granice gminy można wyjechać jedynie na podstawie specjalnego dokumentu, który uzasadnia powód przemieszczania się. Jeżeli, jak na przykład w moim miasteczku i okolicy, nie ma sklepu spożywczego, z takim dokumentem mogę zrobić zakupy gdzie indziej. Podobnie jest z aptekami. Widocznie, tylko przymusowa i pilnowana przez policję, kwarantanna, może oddalić tragiczną sytuację na Półwyspie Apenińskim.

Kościół, jako miejsce kultu, musiał z odpowiedzialnością dostosować się do tej trudnej sytuacji. Świątynie nie zostały zamknięte. Jedynie nie organizuje się na razie żadnych zgromadzeń, w tym Mszy św. Do mojego kościoła każdy może wejść (podjęliśmy dodatkowe czyszczenie przestrzeni, która i tak pod okiem zakonnic zawsze lśni czystością) na osobistą modlitwę i adorację. Jest wiele form wyjścia ku ludziom, żeby przetrwać wspólnie (aczkolwiek osobno), kreatywnie, w wierze i nadziei, ten czas. w diecezji w każdym kościele o 21.00 biją dzwony, które przypominać mają o modlitwie, zwłaszcza w intencji chorych i służb medycznych oraz za ofiary epidemii. W gronie rodziny, z różańcem w ręku. Mszę sprawuję każdego dnia, również w tej intencji. Wierni są zapraszani do duchowego łączenia się w Eucharystii, też poprzez wszechobecne dziś media: tv, radio, Internet. To swoisty rodzaj postu, który możliwe, że może pogłębi życie religijne wielu Włochów. Brakuje mi serdecznego uścisku dłoni, ale spotkanym ofiarowuję uśmiech. Odpowiedź jest taka sama. I już więcej ciepła pomiędzy. A ten czas minie, i znowu będziemy razem iść przez życie, bez żadnej miarki pomiędzy, jeszcze bliżsi sobie.

Wielką pomocą dla mnie w przeżywaniu tej nowej dla mnie sytuacji, jest otaczająca mnie natura. Jej piękno i pokój, harmonia, są znakiem, że Stwórca jak zawsze, jest blisko. Chodzę nad pobliskie jezioro, patrzę na góry. Piękny czas wyciszenia i modlitwy. Cudowny pokój serca, który trwa, nawet gdy wracam do mojego niewielkiego mieszkania. Tego w moim sercu nie może zmieć nic, żaden śmiercionośny wirus czy sytuacja. Oczywiście, martwię się o los moich bliskich i moich parafian, ale powierzam wszystko w ręce Tego, który jako jedyny jest najskuteczniejszym antidotum na wszelakie choroby, ludzkie lęki i cierpienie. Nawet… na śmierć.
Czy boję się koronawirusa? Nie. Nie piszę tutaj o jakimś naturalnym w człowieku lęku przed utratą życia. Wielokrotnie bywałem w sytuacji zagrożenia mojego życia, przeżyłem wypadki, trzęsienia ziemi, huragany, napaście… Nie boję się, z jednej przyczyny: moje życie i ja nie są w centrum mojej uwagi. W centrum jest Jezus, są inni, a dopiero potem ja. Wcześniej, czy później, każdy doświadczy osobistego spotkania z Siostrą Śmiercią. Pójdę wolny i radosny na spotkanie z Ojcem, a nie zalękniony i smutny. Przekroczę granicę w świetle nadziei płynącej z Biblii, a nie w cieniu medialnych doniesień.

Tomasz J. Chlebowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ