„Matka Teresa” ze Słupcy

4411
wyświetlenia

Kolejna śmierć w domu przy Matejki. Postanowiliśmy przyjrzeć się historii życia „Żwirowej”

Tak już się utarło, że do Marianny Żwierew, powszechnie znanej jako pani Żwirowa przychodzą ci, którzy nie mają domu. To czy są to alkoholicy, czy ludzie, często kobiety, które po prostu nie mają się gdzie podziać dla pani Marianny nie ma to znaczenia.

Zmarł Ryszard Przybylski
Marianna Żwierew od lat przyjmuje pod swój dach każdego, kto do niej przyjdzie. Z niedzieli na poniedziałek, 30 listopada, około 4,00 nad ranem w domu pani Marianny zmarł Ryszard Przybylski, 65 – letni mieszkaniec Słupcy. Przyszedł do niej ponieważ był głodny. Pani Mariannie było go żal. Został do wieczora, a potem zasnął w kuchni na podłodze. Potem dwie lokatorki domu przeniosły go na kuchenną wersalkę. Tam został znaleziony nad ranem. Po stwierdzeniu, że nie żyje kobiety pobiegły do telefonu w Żabce, żeby wezwać pogotowie. Przyjechała też policja żeby stwierdzić, czy w śmierci pana Ryszarda nie brały udziału dodatkowe osoby. Ponieważ nie stwierdzono żadnych niejasności, zwłoki zostały przewiezione do kostnicy, a pogrzeb odbył się 2 grudnia na słupeckim cmentarzu komunalnym.

Rozmowa z Marianna Żwierew
Marianna Żwierew urodziła się 25 sierpnia 1917. Do Słupcy przeprowadziła się z Młodojewa razem z mężem ś.p. Bolesławem Żwierewem

To pani dom. Nie musi pani przyjmować do siebie wszystkich, którzy do pani przyjdą.
Pan Jezus powiedział, żeby ubogiego nakarmić i przyodziać, a on to wynagrodzi. Ja się całe życie trzymałam tego. Jak mi przyszedł ktoś głodny to nie opuściłam. Obiad miałam to sama nie zjadłam a nakarmiłam. Ryszard przyszedł do mnie sam. Nikt go na łańcuchach tutaj nie przyciągał. Z głodu.

Powiedział coś przed śmiercią?
Jak przyszedł to powiedział, daj mi kawałek suchego chleba. Nie jadłem dwa dni. Dałam mu rosół z makaronem. Całą michę mu nalałam. To było w niedzielę po południu. Potem poszedł gdzieś. Jak wrócił to chyba był trochę podpity. Powiedział, że będzie spał u mnie. Nie chciałam się zgodzić, ale wyszedł do korytarza i się przewrócił. Poprosiłam te dziewczyny co u mnie teraz są, żeby go położyły na wersalkę w kuchni.

I co dały radę?
Nie chciał się położyć na łóżku tylko na podłodze. Potem go przeniosły na wersalkę jak zasnął. Dziewczyny go przykryły i każdy poszedł spać.

Od kiedy mieszka pani w Słupcy?
Mieszkam tutaj już 40 lat. Pochodzę z Młodojewa. Kupiłam ten dom od takiego dziadka i opiekowałam się nim i jego żoną do śmierci.

Jak to się zaczęło, że zaczęła pani przyjmować obcych ludzi?
Sami zaczęli przychodzić. Tutaj jest ogrodzone podwórko, nie widać, żeby wypić piwo albo brendkę. Na dworze był stolik, ławka. Pili sobie i dobrze.

Każdego pani przygarnie?
To prawda. Jak ktoś nie ma domu to jak człowieka wyrzucić? No nie wiem, mam taka naturę. Kiedyś miałam tu takiego Miecia, on się leczył w szpitalu psychiatrycznym. On kradł. Kiedyś miał sprawę w sądzie w Słupcy, na którą się nie stawił. Ja tam byłam za świadka. Powiedziałam, że on jest niespełna rozumu. Sędzia zapytał czemu go przyjęłam, jak jest niemądry? A ja mówię sędziemu, że Pan Jezus powiedział, głodnego nakarm a ja ci wynagrodzę 200%. I ja w to wierzę. Nigdy głodna nie jestem. Zawsze mi Bóg da. Jak nie z tej strony to z innej.

I jak to się skończyło?
Wie pan, że sędzia temu Mieciowi wszystko darował.

Teraz ile osób u pani mieszka?
Teraz tylko dwie dziewuchy. Nie mają gdzie mieszkać. To one znalazły Ryszarda Przybylskiego w kuchni nad ranem, kiedy szły na wystawkę.

Co to jest ta wystawka? Dokąd one szły o 4 rano?
Wie pan co? W marketach wystawiają towary przed sklep, którym zaraz się skończy data ważności. To są dwa, trzy, kilka dni. Jak ktoś nie ma na jedzenie to idzie i bierze. Dobre są i niezepsute.

Rozejrzałem się po pokoju. Faktycznie. W kącie stały skrzynki z jogurtami i innymi marketowymi towarami.

W Słupcy jest też noclegownia dla bezdomnych…
Noclegownia otwierana jest od 20.00 i zamykana o 8.00. I jak przyjdą mrozy to ci ludzie muszą cały dzień chodzić po dworze. Wyśpisz się do 7.00 i musisz uciekać. I co masz ze sobą zrobić? Gdzie ma chodzić po tym mieście? Przyjdą do mnie, posiedzą, ciepło mają. Jeść im się chce na południe to zawsze ugotuję duży garnek i dam. Teraz mi dołożyli do renty to na ten garnek zupy mnie stać.

Pani nosi protezę?
Nie mam nogi. Trzy lata temu gwóźdź mi wszedł w piętę, a te hycle nasze w szpitalu, to nie są doktory. Jakbym pojechała do Poznania to bym miała nogę. Zakażenie miałam. Syn mówi, że trochę sama jestem winna bo zaniedbałam.

Zawsze będzie pani przyjmować ludzi u siebie?
Tak jak pan Jezus powiedział, zawsze. I chcę panu powiedzieć, ze Jezus mnie zawsze wysłucha. Trzy lata temu spalił się ten dom. Przyszła wielka fala deszczów. Nie miałam dachu. Był zerwany po pożarze. Na dworze zrobiło się ciemno od chmur. Pomyślałam, że jak zacznie padać to mi tu wszystko zaleje. Wyszłam na dwór, złożyłam ręce i tak Boga prosiłam, żeby te fale deszczu zabrał, bo ja jestem pod gołym niebem. I co? Fala odeszła i ani kropla nie upadła. Nie zapomnę tego.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ