Aleksander Słomiński w poszukiwaniu łososia na Alasce

1490
wyświetlenia
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do rzeki Kenai na Alasce wchodzi rocznie więcej łososi niż do wszystkich rzek skandynawskich. Taką wyprawę wędkarską w 2019, po raz kolejny przeżył słupecki lekarz Aleksander Słomiński i której urokami postanowił się z nami podzielić. Jest to już druga jego wyprawa na Alaskę w celu łowienia łososi. Opis poprzedniej znajdziecie tutaj –  Wyprawa na Alaskę w 2017

(Inne wyprawy Aleksandra:Wyprawa na tajmienie do Mongolii)

Alaska, Mekka, czy to łowiących na muchę, czy tradycyjnie na spinning, łowców  łososi. Nigdzie na całym świecie nie można zobaczyć tyle łososi wchodzących do rzek. W tym roku od początku ciągu łososi, na tarło do końca lipca, weszło 1.5 miliona sztuk, a w poprzednim 2018 weszło 600 tysięcy sztuk. W związku z taką ilością łososi ,władze Alaski zwiększyły możliwość zabierania łowionych łososi z 2 do 6 sztuk dziennie.

Podróż na Alaskę można odbyć różnymi liniami, albo z przesiadką w USA, albo linią bezpośrednią Condor, która lata z Frankfurtu do stolicy Alaski Anchorage. Lot trwa około 10 godzin. Lot jest męczący, jednak wielkość i komfort samolotu to rekompensują.
Podróż zaplanowaliśmy dużo wcześniej, pod koniec 2018. Musieliśmy zgrać wszystkie terminy, zarezerwować miejsca, uzgodnić wszystko z naszym przewodnikiem, Andrzejem Kulką, miejsca. Pobyt, który w tym roku wydłużyliśmy do dwóch tygodni, żeby bez pośpiechu odwiedzić miejsca, w których łowiliśmy dwa lata temu. Andrzej Kulka mieszka w USA od wielu lat i ponad 20 lat prowadzi wycieczki na Alaskę. Potrafi bardzo ciekawie opowiadać, wiele rzeczy widział, wiele miejsc odwiedził. Podczas podróży opisywał nam mijane krajobrazy, góry, miejsca lodowców, zdarzenia o których słyszał lub sam widział. Okazał się świetnym przewodnikiem i bezpiecznym kierowcą. Polecił nam sobie znane campingi, w których dobrze się czuliśmy i mieliśmy komfort jako wędkarze.

Po przylocie aklimatyzowaliśmy się w Anchorage. Mieszkaliśmy jedną dobę w hotelu Comfort Inn przy samej rzece. Na krótkim spacerze mieliśmy możliwość obserwować połowy mięsa łososia na zimę. Wędkowaniem trudno to nazwać. Stoi iluś amerykanów różnego koloru skóry, różnego autoramentu, w ciuchach wędkarskich, butach gumowych lub klapkach. Niektórzy łowili na wędkę, czasami pojawiał się ktoś z żyłką przywiązaną do kija. Ponieważ w dzień ryby idą wolniej, w związku z tym towarzystwo udające wędkowanie młóciło wodę wędkami, gdzie na końcu przywiązany był dość duży ciężarek z jakąś przynętą. Ryby, które w czasie ciągu tarłowego traktują te przynęty jako intruza i starają się go odegnać, czy to uderzeniem pyska, czy nawet chwyceniem, co traktowane jest,przez nas,  jako branie przynęty.
Ryby zahaczone amerykanie powinni uwalniać, ale różnie się dzieje.Takie formy przestępstw, jeżeli zobaczy to policja są karane bardzo surowo.
Na spacerze po Anchorage widać, że są to antypody świata. Nikt się nie spieszy. Ruch samochodów jak na polskie warunki ślamazarny. Każdy ma czas. Luz, blues i niestety masa bardzo otyłych ludzi. Zapewne każdy stan ma swoją specyfikę, jednak w Polsce niewiele widać takich osób typu 4XL w górę.
Spacerując po mieście trafiliśmy do “restauracji ostrygowej”, w której sposób podawania małży zadziwił nas różnorodnością . Oczywiście do degustowanych małży nie mogło zabraknąć szampana. Wybraliśmy się też do pięknego sklepu wędkarskiego, raju wędkarskiego z ogromną halą dla wędkarzy i myśliwych. Wspaniały, zbudowany z bali drewnianych ganek i przedsionek wejściowy z wypchanymi zwierzętami, malarstwem iluzjonistycznym, szumiącym wodospadem i akwarium pełnym żywych ryb robiło wrażenie. Poznaliśmy ten sklep 2 lata temu, teraz wybraliśmy się tam dzień wcześniej, żeby spokojnie go pozwiedzać. W same akcesoria wędkarskie widzieliśmy już lepiej zaopatrzone sklepy, jednak zaopatrzenie w dobrej jakości odzież było fantastyczne. Wydaliśmy tam jako grupa, nawet jak na amerykańskie warunki spore pieniądze.

Nie obyło się bez przygód w czasie wyprawy. Kolega Andrzej, który kupił w tym sklepie wędkę, złamał ją. Ja również złamałem wędkę muchową, tą której używałem 2 lata temu na Alasce. Dobrze, że zabrałem z Polski drugą. Łososie to mocne ryby i trzeba być przygotowanym na niespodzianki. Zakupy gadżetów i pamiątek zostawiliśmy sobie na drogę powrotną i po pierwszym dniu wybraliśmy się na pierwszą część wędkowania do słynnego “Przystanku Alaska”do Talkeetny. Tam mieszkaliśmy przez tydzień. Łowiliśmy w okolicznych rzekach i rzeczkach, Montana, Willow a także po dopłynięciu białą rzeką lodowcową Talkeetna, do jej dopływu.
Rzeka wypływająca spod lodowca jest kompletnie dzika z powalonymi pniami. Dopłynęliśmy na miejsce nazywane przez nas “akwarium”. Wchodzące ryby do bardzo czystej rzeki widać jak w akwarium. Była ich cała masa. Nagraliśmy filmik z tego fragmentu wyprawy. Wędkowaliśmy na tej rzece u ujścia i wyżej, cały dzień. Złowiliśmy kilka ryb naprawdę mocnych, szczególnie łosoś Keta. Jest to bardzo mocny łosoś, którego wyskoki i szarże po wodzie potrafią pozostać w pamięci.

Na rzece Willow dane mi było w tym roku spotkać się z łososiami królewskimi. Zwykle wchodzą do rzeki w czerwcu i lipcu ale pojedyncze sztuki wchodzą do sierpnia. To ogromne jaskrawo czerwone ryby, które powoli i majestatycznie przesuwają się w górę rzeki. Miałem kontakt z czterema takimi rybami i z piątą na rzece Kenai. Nie da się tego porównać z niczym, co do tej pory miałem na wędce. Po pierwszym braniu ponad metrowego łososia z przerażeniem patrzyłem na uciekającą linkę i pewnie zostałem z niemądrą miną, kiedy okazało się, że łącznik linki z podkładem nie był na tyle mocny i łosoś w burzliwej wodzie jak lokomotywa odpłynął w siną dal zabierając mi całą linkę z kołowrotka. Zostałem z kołowrotkiem, podkładem i pewnie nie za bardzo mądrą miną. Tylko dzięki temu, że kolega Andrzej zabrał drugi kołowrotek mogłem przygotować kolejny zestaw i z większą ostrożnością wędkować dalej.

Kolejnego łososia królewskiego udało mi się “zapiąć” w górnej partii rzeki, pomiędzy dwoma przelewami. Walczyłem z nim około 20 minut i prawie udało mi się go wyholować na mieliznę ale po kolejnym wyskoku i przewrotce hak się wypiął i zabawa skończyła się na pięknym pokazie wędkowania w przezroczystej wodzie. Jeszcze jednego łososia królewskiego udało mi się spotkać na rzece Kenai. Niestety nie widziałem wielkości ryby, ponieważ po braniu ryba popędziła w dół wyciągając mi w zasadzie całą linkę. Zablokowałem kołowrotek a żyłka O.50 mm strzeliła jak nitka. Tym razem straciłem tylko przynętę razem z przyponem a nie całą żyłkę. Byłem już trochę mądrzejszy.
Wędkując w dwóch turach, porannej 4-godzinnej i popołudniowej podobnej przeszedł nam cały tydzień nad pięknymi dopływami lodowcowej rzeki Talkeetna.

W tym roku postanowiliśmy przyrządzać łososia na wszystkie znane nam sposoby. Koledzy trzykrotnie zrobili kawior z ikry łososia, który jedliśmy na różne sposoby, z bułką z masłem, na jajku, do jajecznicy. Smakował wybornie. Łososie smażyliśmy, piekliśmy, wędziliśmy na desce olchowej. Nie da się tego smaku porównać z żadną hodowlaną rybą, czy łososiem norweskim. To jest prawdziwy, dziki łosoś i wspaniałe mięso. Nie jedliśmy tylko ryb. Trzeba było robić zakupy. Największy problem był z chlebem, który jest tostowy i miękki. Udało nam się ,jednak, kupić chleb europejski.

Następna podróż była w drugą stronę na południowy wschód na półwysep Kenai i rzekę Kenai. Wielka rzeka o seledynowo mlecznej barwie. Dopływy krystalicznie czystych rzeczek rozrzedzają tą wodę i czynią ją bardziej przejrzystą. Widać wędrujące czerwone lub ciemne ryby. Wędkowaliśmy na ruskiej rzeczce,”Russian River”która jest dopływem i na samej rzece Kenai.
W ramach zwiedzania wybraliśmy się do miasteczka zahaczając o centrum informacji wędkarskiej, które jest mini muzeum. Są tam przepięknie wyprawione zwierzęta, ptaki i największy wyprawiony łosoś złowiony na wędkę z łodzi, 46 kg.
Jak zwykle na wakacjach czas mijał zbyt szybko. Zbliżał się czas wyjazdu. W ostatni dzień, był to wtorek, poszliśmy nad rzekę. Amerykanów było mniej, za to ryby więcej. To był naprawdę piękny dzień, ukoronowanie wędkowania. Każdy miał po kilka łososi poprzedniego dnia. Postanowiliśmy je uwędzić. Znaleźliśmy firmę, gdzie w ciągu kilku dni można uwędzić własnoręcznie złowione łososie i dostać je zapakowane hermetycznie w folię. W tym roku skorzystaliśmy z tej oferty ponieważ mieliśmy trochę mniej bagażu. Można zabrać ze sobą 23 kg do samolotu w związku z tym udało mi się wreszcie przywieść jakąś rybę z wyprawy.

Ostatni postój w Anchorage. Odwiedzaliśmy mniej lub bardziej tandetne sklepy z pamiątkami, typu pamiątki z Alaski robione w Chinach albo Bóg wie gdzie. Trochę rękodzieła, ale mimo wszytko z tamtejszym klimatem. Magnesy na lodówki, koszulki z lokalnymi symbolami, czapki, rękawice do kuchni w kształcie ryb, wiele różnych lokalnych pamiątek, rzeczy, które mimo wszytko zawierają symbole tamtego rejonu.
Z żalem żegnaliśmy przepiękne tereny, tajgę, która w tym roku była zasnuta dymami z pożarów. Tajga paliła się w pobliskim rejonie Talkeetny, przez co niebo nie było tak czyste w tym roku.Powrót , jak zwykle , dłuży się najbardziej,zmęczenie zwiastuje nieuchronny koniec urlopu. I jeszcze , ta zmiana czasu! Trzeba to przetrwać – do następnego wyjazdu.

Opowiadał Aleksander Słomiński
Wysłuchał i redagował Piotr Stróżyk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ